Alien: Covenant

Alien: Covenant

Gdy na tym blogu opisuję jakieś wytwory popkultury, to zwykle są to mniej lub bardziej pozytywne teksty, wszak zazwyczaj chcę o czymś pisać dlatego, że mi się spodobało. Dziś jednak będzie inaczej. Na Obcego: Przymierze poszedłem, ponieważ lubię tę franczyzę. Oryginalny Obcy to jeden z moich ulubionych filmów w ogóle, a i trzy następne części darzę sporą sympatią, nawet jeśli widzę w nich szereg błędów nieobecnych w oryginale.

Nie spodziewałem się fajerwerków, należę do osób, które poprzednią iterację tej historii, czyli Prometeusza, uznają za (ładną produkcyjnie) porażkę, ale Obcy: Przymierze i tak mnie zaskoczył nędzą, do jakiej doprowadzono uniwersum i zamieszkującego go potwora.

Prymitywizm i tandeta filmu zapiera dech w piersiach. Największym sukcesem tego obrazu jest, że w kilkadziesiąt minut zmienił moje postrzeganie Prometeusza. Od teraz patrzę na niego z pewnym rozrzewnieniem. Obcy: Przymierze to film na poziomie pomyj łączących uniwersum Obcego z uniwersum Predatora

W tym miejscu uczciwe ostrzeżenie: mam zamiar opisać kilka specyficznych rozwiązań scenariuszowych i reżyserskich w Obcym: Przymierzu, a więc będę spojlerował. Nie robię tego celowo, w sensie nie traktuję spojlerowania jako sztuki dla sztuki. Po prostu uważam, że są filmy tak złe, jednocześnie roszczące sobie pretensje do bycia poważnymi i ambitnymi produkcjami, że ich żenujące aspekty trzeba wskazać palcem i nazwać.

Jeśli jednak czytelniku uważasz spojlerowanie za największy grzech, skończ teraz czytać. Poczytaj sobie recki na Rotten Tomatoes, są w większości pozytywne. Idź na nowego Obcego i wróć później, samemu sobie odpowiadając na pytanie, czy dobrze być wyznawcą tabu spojlerów. Może się okazać, że tak. Gdy wczoraj wyszedłem z seansu, usłyszałem dialog dla mnie dość surrealny:

– i co?
– no ciekawe, ciekawe, lepsze od Prometeusza
– no to oczywiste, ale lekki niedosyt pozostaje.

A więc niektórzy są naprawdę zadowoleni i pewnie zepsuła by im zabawę recenzja taka jak poniżej.

Ridley Scott jest kreacjonistą

W tej chwili nie stanowi to chyba żadnej tajemnicy? Już przy okazji Prometeusza Scott w wywiadach nie krył, że film stanowi ekspresję jego niewiary w czysty przypadek jako prawdziwy powód powstania ludzkości. W Przymierzu, w prologu filmu, pogląd ten włożył w usta Petera Weylanda.

Niektórzy krytycy przy okazji Prometeusza pisali, że nie dał on rady odpowiedzieć na wielkie pytania, które stawiał. Trzeba to wyraźnie powiedzieć: nie ma żadnych wielkich pytań w Prometeuszu. Te, które są stawiane, są prymitywne i płytkie. Gdyby zaś zostały postawione dobrze i były odpowiednio głębokie, odpowiedź nań brzmiałaby: ewolucja.

Gwoli wyjaśnienia: nie jestem jakimś pomylonym scjentystycznym fundamentalistą, który odmawia prawa od istnienia filmom, w których rolę gra albo jawny kreacjonizm, albo interwencje bogów-kosmitów.

Naprawdę kocham Gwiezdne wrota, przyznaję, film klasy B, będący doskonałą ekranizacją danikenizmów. Ale Gwiezdne wrota nie próbują odsłaniać Tajemnicy czy dociekać, o co chodzi w Ludzkości. Jest też możliwe wprowadzenie obcych do historii ludzkości na poważnie: zrobiła to w końcu Odyseja kosmiczna 2001 Kubricka. Trzeba to jednak robić z wyczuciem i pewnym szacunkiem dla struktury świata rzeczywistego, jak i z uszanowaniem wewnętrznej logiki świata przedstawionego.

Problemem nie jest kreacjonizm Prometeusza. Problemem jest, że to kreacjonizm głupi i pozbawiony wewnętrznej logiki, a do tego jeszcze podawany na serio. Ta wersja kreacjonizmu została zachowana w Przymierzu, choć zmutowano ją w coś jeszcze bardziej niespójnego i bezmyślnego.

Inżynierowie na śmietnik

Jedną z rzeczy, która zaparła mi dech w piersiach, było właśnie to, jak potraktowano w Przymierzu ucieleśnienie prometeuszowskiego kreacjonizmu, czyli Inżynierów. Gigantyczne humanoidy, a właściwie ludzie (w potoku bezsensownych rewelacji Prometeusza dowiedzieliśmy się przecie, że ich DNA jest doskonale dopasowane, cokolwiek to znaczy, do ludzkiego) mają swoje piętnaście sekund w filmie. Cywilizacja, która tworzyła i niszczyła życie na kosmiczną skalę, jest tutaj jednym miastem o nieprecyzyjnie starożytnym wyglądzie, zaludnionym przez bandę idiotów (nie szkodzi, w uniwersum Scotta wszyscy są idiotami) ubranych w workowate szmaty. W kilka chwil są wyeksterminowani za pomocą czarnej mazi zrzuconej ze statku, którym na końcu Prometeusza odlecieli Elizabeth i David (czarnej mazi jeszcze poświęcę w tej recenzji uwagę). Bomby zrzuca David, który w najnowszym filmie posuwa się w swojej psychozie daleko poza poziom beznamiętnej psychopatii HALa z 2001. Tutaj jest już nie tylko kreatywną AI, ale też emocjonalnie zaburzoną AI.

Tak, wiem, straszny spojler, ale naprawdę pomyślcie chwilę nad głębią fabularnego kretynizmu, jaką udało się zawrzeć w jednej scenie. Inżynierowie, jakkolwiek niezgłębione były ich motywy, w Prometeuszu zostali przedstawieni jako zaawansowana cywilizacja kosmicznych kreatorów, która dosłownie stworzyła życie na Ziemi i ludzkość. Jeden z nich, wybudzony przez Davida, bez problemu zabija wszystkich ludzi i dekapituje rzeczonego androida.

Tutaj cała ich rodzima planeta i cywilizacja jest w kilka chwil zlikwidowana. Czytałem recenzje, że Przymierze dostarcza satysfakcjonujących odpowiedzi na pytania Prometeusza. Abstrahując od głupoty tych pytań, jak satysfakcjonującą odpowiedzią jest „wszystkich zamordował android, więc whatever”?

Trudno empatyzować z głupkami

Pamiętacie, jak po premierze Prometeusza naśmiewano się z głupiego biologa, który próbował głaskać kosmiczne węże? Jak szydzono z geologa, który zgubił się w jaskimi co do milimetra zmapowanej przez jego własne gadżety? Jak obśmiano grupkę uczonych, która na obcej planecie zdejmuje hełmy po tym, jak orientuje się, że powietrze wokół pod względem chemicznym nadaje się do oddychania?

Bohaterowie, a może cała ludzkość, w Przymierzu jest jeszcze głupsza. Grupa zwiadowcza, wylądowawszy na planecie pełnej obcego życia, co widać gołym okiem, lasy i te sprawy, wybiega radośnie ze statku bez żadnych zabezpieczeń, zaczyna się taplać w błocie, macać roślinność, macać wszystko w obcym, znalezionym chwilę później statku innej cywilizacji.

Zasłużyli na to, by umrzeć.

Są chwile, gdy absurd sięga zenitu, ale po chwil przebija tę wyobrażoną sferę. Na przykład pierwsza scena śmierci zadanej przez obcą formę życia. Jest to kulminacja żenującego ciągu wypadków, który muszę choć pobieżnie opisać, by dało się zrozumieć, że groteskowy w Przymierza jest nawet horror, który raczej śmieszy, niż straszy.

Gdy dwóje członków załogi Przymierza tapla się w błocie na obcej planecie, bez żadnych zabezpieczeń, nie licząc zupełnie zwyczajnych kurtek i butów, jakie byście zabrali na każdą wycieczkę w ziemski plener, do wnętrza jednego z nich wnikają zarodniki wypuszczone przez rozdeptanego grzyba (to, nawiasem mówiąc, jest sprzeczne z czymś, o czym dowiadujemy się w późniejszej części filmu, ale nie uprzedzajmy wypadków).

Mija kilkanaście minut i nieszczęśnik zaczyna czuć się źle, co skłania go, wraz z jego koleżanką, do powrotu do statku, którym wylądowali. Ta i inna członkini załogi postanawiają zając się cierpiącym kolegą w kabinie medycznej. Dopiero gdy ten zaczyna pluć krwią, postanawiają założyć gumowe rękawiczki. Gdy coś zaczyna się wydostawać z jego pleców, jedna z nich pozwala sobie na sugestię, że być może coś złapał i o mój boże a co jeśli my też.

Cóż…

Nawiasem mówiąc, chwilę później z pleców zarażonego wyskakuje potworek wyglądający jak efekt ciąży prowadzonej przez profesora Chazana, acz bardzo zajadły i zdolny nie tylko powalić i zagryźć dorosłą kobietę, ale jeszcze przebić się głową przez pancerne szkło (!). To prowadzi nas do wniosku, że…

Ridley Scott nienawidzi biologii

Idea, że warto zachować jakiekolwiek pozory realizmu w kreacji fantastycznych stworzeń, jest z jakiegoś niepojętego dla mnie powodu wyraźnie odrażającą dla Ridleya Scotta. Jest to tym bardziej zastanawiające, że przecie oryginalny Obcy był filmem, który perfekcyjnie da się wpisać w biologizującą interpretację: oto ludzkość, jakże zaawansowana technicznie, zderza się z pierwotną, groźną i niezrozumiałą, ale przecie biologiczną naturą.

Oryginalny obcy był stworzeniem o nader namacalnej biologii, gdy jego młodociana forma wyrwała się z piersi ludzkiej ofiary, natychmiast się schowała, by w ukryciu dorosnąć i dopiero potem atakować. Nawet wtedy te ataki były atakami wprawnego drapieżnika: robionymi z zasadzki, na niczego się niespodziewające ofiary.

Monstra Przymierza są kierowanymi obłędem stworzeniami, zachowującymi się jak wściekłe psy. Pozbawione jakiegokolwiek śladu instynktu samozachowania, ledwo opuszczą ciała ofiar, w których się inkubowały, natychmiast rzucają się na inne, choćby groziło to im spaleniem lub rozwaleniem na kawałki z pistoletu.

To oczywiście może w niedoświadczonym widzu wywołać pewne poczucie napięcia, ten niekończący się strumień wściekłych, morderczych chazaniątek, ale dla mnie było to po prostu taniochą i tandetą, która dość dosłownie ilość przedłożyła nad jakość.

Brakowało wam ksenomorfa w Prometeuszu? Tu macie dwa, oba zachowują się jak chore na wściekliznę psy i są w sumie dość szybko odstrzelone. Nawet nie liczcie na jakieś ślady pierwotnej grozy, którą wywoływał obcy w oryginalnym Obcym.

Czym jest ksenomorf?

Jeśli trailery, które w zasadzie zdradziły całą fabułę nowego Obcego, nie były wystarczające, pozwólcie, że ja to wyjaśnię: gdy krytycy piszą o satysfakcjonujących odpowiedziach, których pełne ma być Przymierze, mają na myśli to, że film redukuje oryginalnego obcego do efektu chorobliwych genetycznych eksperymentów prowadzonych przez wyraźnie uszkodzonego i zaburzonego androida Davida, którego poznaliśmy w Prometeuszu.

Zdradzam ten niebywały twist bez choćby odrobiny wyrzutów sumienia, bo to najbardziej tandetne i leniwe prowadzenie historii od czasów prequelu Gwiezdnych Wojen i midichlorianów.

Scott nie byłby sobą, gdyby tym rozwiązaniem nie zaprzeczał innym fragmentom swojej wizji. Bo widzicie, jeśli fundamentem, he he, filozoficznym Prometeusza i Przymierza jest kreacjonistyczny bełkot, to rewelacje na temat roli Davida w kreacji ksenomorfa prowadzą do wniosku, że koniec końców i tak jedyną metodą utworzenia stwora była bezładna hybrydyzacja różnych mutantów i szukanie na ślepo, co z niej wyjdzie.

Owszem, David tworzy, ale umie to robić metodą prób i błędów. Brzmi mocno jak jedyny pierwotny kreator wszystkiego: ewolucja biologiczna. No ale Ridley Scott to nie Daniel Dennett i mógł tego nie zauważyć (nawiasem mówiąc, wkrótce będzie notka o dennetowskiej wizji ewolucji jako kreacji celowości w przyrodzie, stay tuned).

Czarna maź ex machina i odmęty autoparodii

Ostatecznie problemem Przymierza, większym nawet niż w Prometeuszu, jest lenistwo i nieudolność scenarzystów, oraz prymitywizm reżysera nie mającego oporu, by sięgać po największą tandetę celem odwrócenia uwagi widza. Tajemnicza czarna maź, wokół której rozgrywały się wydarzenia Prometeusza, w nowym Obcym jest już używana bez jakiegokolwiek zażenowania jako absolutny deus ex machina. W poprzednim filmie kazano nam wierzyć, że ma moc zarówno niszczenia, jak i tworzenia życia. Tutaj już chyba tylko niszczy, bo zalana nią planeta jest opróźniona ze wszelkich zwierząt, nie licząc wyhodowanych przez Davida potworków.

David, nawiasem mówiąc, ujawniając załodze Przymierza część prawdy, wyjawia, że mutujący i zjadliwy patogen atakuje zwierzęce formy życia – mięso – co zapewne ma wyjaśnić fakt, że ocalały bujne lasy.

Nie wyjaśnia jednak, jakim cudem zabójcze zarodniki czarnej mazi (tak, czarna maź, gdy reżyser tego potrzebuje, przestaje być czarną mazią, staje się czarnawym pyłkiem) rozsiewane są przez grzyby.

Czy grzyby to mięso? Wedle Scotta najwyraźniej tak.

Oczywiście ta niekonsekwencja nie ma żadnego drugiego dna. Scott chciał tym razem nakręcić film w nastrojowych, zalesionych krajobrazach, to scenarzyści tyleż usłużni, co pozbawieni nie tylko talentu, a nawet elementarnej kompetencji, sprokurowali mu maź, która wykasza faunę, ale nie malowniczą florę.

Ten tandetny reżyser nie krył w wywiadach, że widząc, że jego niedowarzona pseudofilozofia nie wywołała entuzjazmu widzów, postanowił wrócić do podstaw, to jest zasrać film ksenomorfami. Już o tym chwilę wcześniej pisałem, więc nie będę się powtarzał. Tu tylko zaznaczę, że nie tylko mamy stado ksenomorfów i ksenomorfopodobnych chazaniątek, ale by podkreślić, jak bardzo szanuje kultowe monstrum, Scott stworzył jedną z najbardziej groteskowych scen kina jaką widziałem. Ten twórca Obcego, który był filmem mistrzowskiego klimatu i kulminacji, pozwolił sobie na scenę porodu pierwszego prawdziwego ksenomorfa, w której stworek, wydarłszy się z wnętrza ofiary, uprawia rytualny taniec ze swoim androidzkim ojcem, wszystko na tle wzniosłej, fortepianowej muzyki.

Jeśli ta scena miała wywołać podziw lub grozę, to we mnie wywołała pusty śmiech. Doznałem wtedy wrażenia, że oto dałem się przekonać do obejrzenia wysokobudżetowej wersji najbardziej tandentnych horrorów pokroju Sharknado.

Fassbender jest świetny

W całym filmie były może dwie naprawdę przerażające sceny. Obie zawdzięczają swoją moc grze Fassbendera. Nie ratuje to filmu, dwie róże zatopione w stawie gnojowicy nadal są stawem gnojowicy. Ale warto odnotować, że tylko 99% jest gównem.

Unikajcie za wszelką cenę. Jeśli czujecie ciekawość dla filmu jako przykładu patologii współczesnego kina i popkultury, albo arytystycznej ekspresji deterioracji mocy mentalnych reżysera, poczekajcie na torrenty.

Stereotyp

Stereotyp

"I watch it for the plot"

"I watch it for the plot"